piątek, 6 stycznia 2012

Szarańcza

Owad, nawet metaforyczny, też zwierzę, więc pozwolę sobie zamieścić recenzję "Szarańczy" Gabriela Garcíi Márqueza (wyd. MUZA SA).


Jest taka minuta, w której dogorywa sjesta. Nawet skrzętna, tajemna, ukryta żywotność owadów ustaje w tej właśnie chwili; bieg natury zostaje wstrzymany; świat chwieje się na skraju chaosu, a kobiety wstają, zaślinione, z kwiatem poduszki wyhaftowanym na policzku, dusząc się od upału i lęku i myślą: "Jeszcze jest środa w Macondo". Wówczas znów przykucają w kącie, spajają sen z rzeczywistością i godzą się tkać szept, jakby był on olbrzymim prześcieradłem, tkanym wspólnie przez wszystkie kobiety miasteczka.[1]

Choć okres mojej największej fascynacji Márquezem przypadł na lata gimnazjalne i wraz z nimi bezpowrotnie przeminął, wracam czasem do jego utworów, gdy zatęsknię za takimi własnie zdaniami: Niestety w „Szarańczy”, króciutkiej powieści z początków kariery kolumbijskiego noblisty, nie ma ich zbyt wiele, brak również tak charakterystycznego, niespiesznego snucia opowieści, w których duchy przechadzają się między żywymi, a największe nawet klęski przyjmuje się z niezachwianym spokojem, melancholijnie patrząc w dal.
Pewnego dnia w Macondo potępiony przez mieszkańców i od lat żyjący w odosobnieniu lekarz popełnia samobójstwo. Choć gmin odmawia mu katolickiego pochówku, pułkownik, będący niegdyś gospodarzem doktora, postanawia spełnić złożoną przed laty obietnicę i wbrew woli ogółu pogrzebać zmarłego. Czym medyk zawinił miasteczku, a czym zasłużył na wdzięczność weterana? Pełna retrospekcji narracja prowadzona z perspektywy trzech osób-pułkownika jego córki Isabeli i wnuczka-stopniowo odkrywa przed czytelnikiem te tajemnice. Z opowieści wyłania się obraz bezlitosnej społeczności podobnej stadu dzikich zwierząt i rządzącej się własnymi prawami, w której nie ma miejsca na litość i współczucie. Kto choć raz przeciwstawi się wspólnocie mieszkańców, będzie wyklęty na zawsze.
A tytułowa szarańcza? To kompania bananowa-plaga, która znienacka spadła na miasteczko w pełni rozkwitu i, pożywiwszy się niczym chmara owadów na dorodnym zbożu, pozostawiła je bez życia, wprawiając mieszkańców w stan ponurej rezygnacji.
Umiejscowienie akcji i bohaterowie sprawiają, że „Szarańczę" można uznać za swoiste preludium historii o Macondo, wprawkę do „Stu lat samotności”. Ja jednak odnalazłam w niej raczej zapowiedź „Kroniki zapowiedzianej śmierci”, w której również niepisane prawo jest istotniejsze niż człowiek, a także echa wczesnych, bardzo abstrakcyjnych i pełnych niejasności opowiadań Márqueza, za którymi nigdy nie przepadałam. „Szarańcza” również wprawiła mnie raczej w konfuzję niż w zachwyt. Opowieść jakoś dziwnie rwie się i zacina, a odpychająca posępność sprawia, że chce się z niej jak najszybciej otrząsnąć, tak jak przepędza się uporczywego owada.





[1] Szarańcza", Gabriel García Márquez, przełożył Carlos Marrodán Casas, wyd. MUZA SA, Warszawa 1995, str. 54



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz