niedziela, 9 grudnia 2012

Każdy ma marzenie



            „Wystarczyło przecież pamiętać, że dorośli tak naprawdę nigdy nie przestali być dziećmi.”*

            Marzenia towarzyszą nam od zawsze. Jako dzieci marzyło się o składanej kolejce czy też domku dla lalek. Z wiekiem jednak one się zmieniały, były większe lub mniejsze, ale równie ważne. Dzięki nim do czegoś dążymy i czasem bujamy w obłokach. Po części to właśnie marzenia nadają nam sens istnienia.

            Książka ta to cztery opowiadania łączą się z sobą jednym wspólnym tematem: świętami. „Jak wyglądają święta?” opowiada o tym jak zwierzęta w pewnej gospodarce pragnęli zobaczyć jak wyglądają święta w domu. Widząc na niebie św. Mikołaja poprosiły go o to. Z kolei  „Mała choinka” mówi o małym drzewku, którego nikt nie chciał jako drzewka bożonarodzeniowego i z tego powodu czuło się bardzo smutne. Z powodu niskiego wzrostu było nieodpowiednie według ludzi. Trzecie opowiadanie noszące tytuł „Zaczarowany renifer” jest o niesfornym Ronim. Chciał zrobić coś co by sprawiło, że reszta reniferów była z niego dumna. Po długim namyśle stwierdził, że chce latać jak renifery Mikołaja. Ostatnie tytułowe opowiadanie  „Pracowity Dzień Świętego Mikołaja” jest o pewnym marzeniu taty Kasi i Tomka. Dzieci napisały list do gwiazdora, ale czy ten odgadnie co to za marzenie, skoro dzieci nie napisały nic dokładnego?

            Książeczka składa się z czterech króciutkich opowiadań jak już pewnie zdążyliście zauważyć. Nie jestem zwolenniczką tek krótkiej formy wypowiedzi bowiem nie każdemu jest dane stworzyć coś fajnego na kilku stronach. Jednak w literaturze skierowanej do młodszego czytelnika pasują jak ulał.

            „Pracowity Dzień Świętego Mikołaja” jest bardzo ładnie wydany.  Format A4 w twardej oprawie. Okładka prezentuje świętego Mikołaja otoczonego zabawkami, jej wygląd i tytuł od razu pozwalają się domyśleć o czym będzie dane nam czytać. W środku natkniemy się na ilustracje na każdej stronie obrazujące o czym mówi tekst, dzięki temu maluch może je oglądać gdy się mu czyta. Trzeba przyznać, że obrazki są starannie wykonane i bardzo kolorowe, bardzo mi się podobały. Czcionka jest pogrubiona i dość duża, na każdej stronie jest po kilka linijek tekstu. Całość zrobiona z myślą o młodszych czytelnikach.

            Opowiadania czyta się szybko i z prawdziwą przyjemnością. Mi zajęło to zaledwie piętnaście minut. Bardzo mi się podobały opowiadania, ale najbardziej zapadły mi w pamięci dwa z nich. Mowa tu o „Mała choinka” oraz „Pracowity Dzień Świętego Mikołaja”. Pierwsze mówi o tym, że zawsze trzeba marzyć i nawet gdy traci się już nadzieję morze zdarzyć się cud. Drugie z kolei mówi o czymś co jest szczerą prawdą. Teraz wiem to po samej sobie. I chyba tą prostotą przekazu mnie ujęło.

            „Pracowity Dzień Świętego Mikołaja” polecam dorosłym i dzieciom, obudzą magię świąt, na chwilę  zabiorą do bajkowego świata, a co najważniejsze są z morałem. Język jest łatwy odbiorze i nie spotka się tu jakiś trudnych i wyszukanych zwrotów.

*str. 108
Autor: Praca zbiorowa
Tytuł: Pracowity Dzień Świętego Mikołaja
Wydawnictwo: Elżbieta Jarmołkiewicz
Rok wydania: listopad 2005
Liczba stron: 109

środa, 5 grudnia 2012

Wierszowane święta



Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu1 Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu1 Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!*

            Okres świąteczny wpływa na mnie dość melancholijnie w tym roku, dlatego też postanowiłam sięgnąć po książeczki, które czytałam w dzieciństwie. Stały się przyjemną odmianą w te pochmurne dni. Tak oto trafiłam do świata bałwanków, Mikołajów, choinek i wiele, wiele więcej.

            „Choinkowe wierszyki” składają się z trzydziestu sześciu wierszy napisanych przez różnych autorów. Opowiadają one o niedźwiadku, który nie mógł spać. Przeczytamy również o Mikołajach, którzy podobno nie istnieją, ale fajnie w nie wierzyć. A jeden z autorów wymyślił nawet kolorowy śnieg. Spotkamy złą zimę z wiersza pani Konopnickiej czy też umykający mróz. To tylko kilka ciekawszych według mnie wierszy.

            Nie jestem zwolenniczką wierszy, ale mam kilka swoich ulubionych, które mogłabym czytać bez przerwy. Zbiór „Choinkowe wierszyki” mimo, że czytany drugi raz dopiero teraz trafił do mojej listy ulubionych. Książeczka jest cienka, ma dużo obrazków, ale nie przeczytałam jej w mig tylko delektowałam się nią po trochu.

            Pierw może zwrócę uwagę na wydanie, które, trzeba rzec, jest starannie wykonane. Twarda oprawa z kolorową grafiką na okładce przyciąga oko I z pewnością zainteresuje młodego czytelnika. Po otworzeniu książeczki od razu widać kolorowe rysunki, które towarzyszą każdemu wierszowi, wiernie lub trochę mniej odwzorowują jakieś zdarzenie z niej. Druk jest duży i pogrubiony dzięki czemu z łatwością się go czyta. Wiersze są pisane prostym językiem i są łatwe do zrozumienia. Można się z nich pośmiać, pomyśleć, a nawet pomarzyć. Dziecko może też nauczyć się kilku ważnych rzeczy. Mi się bardzo podobała i sprawiła wiele radości. A oto mi chodziło.

            Nie będę zanudzać was interpretacją każdego wiersza, ale śmiało mogę stwierdzić, że jest to idealna pozycja dla naszych pociech na długie zimowe wieczory, szczególnie w tym okresie świątecznym. Zajmująca czas, który się mile spędzi dzięki niej.

*str. 29 („Zła zima” M. Konopnicka)
Autor: Wanda Chotomska, Maria Konopnicka, Stanisław Jachowicz, Ludwik Jerzy Kern, Bronisława Ostrowska, Konstanty Ildefons Gałczyński, Helena Bechlerowa, Włodzimierz Scisłowski, Stanisław Grochowiak, Władysław Broniewski, Hanna Zdzitowiecka, Tadeusz Kubiak, Józef Czechowicz, Wanda Grodzieńska, Tadeusz Śliniak
Tytuł: Choinkowe wierszyki
Wydawnictwo: Philips Wilson
Rok wydania: 1996
Liczba stron: 64

sobota, 3 listopada 2012

Szczęśliwe zakończenie - Lucy Dillon


Powoli, ale skutecznie, nazwisko Lucy Dillon na okładce, staje się dla mnie gwarancją przyjemnie spędzonego czasu.
Głównymi bohaterkami Szczęśliwego zakończenia są Anna i Michelle, dwie kobietki zupełnie od siebie różne. Michelle to idealny przykład kobiety niezależnej, dzielnej bizneswomen, której największej satysfakcji dostarcza uporządkowane życie i dom. Nie dla niej związki, które mogłyby spowodować jakiekolwiek zaburzenie porządku, że o dzieciach już nie wspomnę. Anna to jej zupełne przeciwieństwo. Niepoprawna romantyczka, zakochana w słowie pisanym i swoim mężu, ponad wszystko marząca o urodzeniu dziecka. Co się stanie, gdy wspólnie postanowią poprowadzić... księgarnię?
Całość recenzji dostępna tutaj. 

Misja na czterech łapach - W. Bruce Cameron


Ci, którzy wchodzą tu od dłuższego czasu, wiedzą, że w poprzednie wakacje straciłam moją ukochaną sunię, która była z nami właściwie odkąd pamiętam. Biorąc pod uwagę to ile z nią przeżyłam i jak bardzo mi jej wciąż brakuje, naprawdę nie mogłam nie sięgnąć po Misję na czterech łapach, bo choć to tylko powieść to przecież daję promyczek nadziei na to, że jeszcze kiedyś się spotkamy, choć może jej wtedy nie poznam. 
Całość recenzji dostępna tutaj. 

niedziela, 21 października 2012

„Wyścig śmierci” - Maggie Stiefvater



            „Wyścig jest jak bitwa. Chaos koni, ludzi i krwi. Najszybsi i najsilniejsi, którzy pozostali po kilku tygodniach przygotowań na piasku. To morska woda na twarzy, śmiercionośna magia listopada na skórze, bębny Skorpiona zamiast serca. Jeśli ma się szczęście, to również prędkość. To życie, to śmierć albo jedno i drugie, i nic innego nie może się z tym równać.”*

Siedzisz na jego grzbiecie i czujesz, jak się porusza. Wyczuwasz ruch pracujących mięśni podczas wysiłku. To nie wszystko, bo czujesz też jego emocje, jesteście jak jedność. Ta niezwykła więź jest wręcz niemożliwa. Widać radość z biegu, ale i tęsknotę za wolnością. Trwa wyścig na śmierć i życie, a Wy biegniecie po wasze marzenia...

Thisby to wyspa znajdująca się gdzieś na morzu. Jej mieszkańcy żyją sobie spokojnie, ale zawsze raz do roku pierwszego listopada odbywa się tu Festiwal Skorpiona. Miesiąc przed nim z morza wyłaniają się eich uisce, konie morskie. Są głodne i niebezpieczne, pragną krwi i mięsa - ludzkiego czy zwierzęcego, nieważne. Mieszkańcy wyspy urządzają na nie polowanie, ale muszą uważać, bo są bardzo silne i dzikie. Gdy jednak komuś udaje się złapać takiego konia, trenuje go, by móc stanąć do wyścigu. Tak było od niepamiętnych czasów i jest też tak teraz. Nadchodzi kolejny festiwal, ale dwie osoby w tym roku walczą o coś więcej niż zwycięstwo. Sean Kendrick musi wygrać, by to co najważniejsze było jego już na zawsze, a Kate „Puck" Connolly ściga się, by miała dokąd wrócić. Jaki będzie finał tego wyścigu, skoro zwycięzca może być tylko jeden?

Maggie Stiefvater słynie podobno z tego, że pisze powieści na podstawie legend, mitów i podań. Jednak wykorzystuje z nich tylko to, co chce. Sama na końcu powieści wspomina o tym, że powieść powstała na podstawie legendy, a raczej jej fragmentów. Co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Fakt, że jest o koniach. Nie takich zwykłych, tylko śmiertelnie niebezpiecznych. Nie jestem wielbicielką tych zwierząt, ale potrafię docenić ich piękno i siłę. Skusił mnie opis, skusiła mnie okładka, czy to był dobry wybór?

Akcja toczy się dwutorowo i historię poznajemy z punktu widzenia Puck oraz Seana. Dzięki temu mamy możliwość spojrzenia na sprawę z dwóch różnych perspektyw oraz poznać lepiej tych dwoje. Powieściopisarka jest pomysłowa, widać, że skupia się na tym, co robi i przekazuje nam powieść szczegółowo dopracowaną, zarówno pod względem ciekawej fabuły i miejsce akcji, jak i fantastycznych postaci. Jedyne co mnie nie satysfakcjonuje to brak żywej akcji, ale z drugiej strony nie przeszkadzało mi to zbytnio. Stiefvater wprowadza nas w ten świat z nostalgią, która nie nuży. Wręcz przeciwnie, ona jeszcze bardziej intryguje. Wszystko toczy się powoli, ale z każdą stroną przyspiesza i sprawia, że śledzimy wszystko jak zaczarowani, nie bacząc na umykające wskazówki zegara.

Eich uisce fascynują czytelnika, a autorka daje nam wszystko, czego możemy chcieć. Poznajemy ich historię, zwyczaje, lęki i pragnienia. Dzięki szczegółowym i bogatym opisom po zamknięciu oczu możemy je sobie wyobrazić. Ich piękno i moc. Morze to ich dom, do którego tęsknią, gdy zostają schwytane.Gdyby nie specjalne rzeczy, które sprawiają, że poddają się woli człowieka, w życiu nikt by ich nie utrzymał. Choć nawet i przy ich użyciu nie można być niczego pewnym, a już na pewno nie można im ufać. Zaufanie do eich uisce to Twój koniec. Ich naturą jest zabijanie. Te konie mają dwa oblicza. Pierwsze, wtedy gdy są na wolności i polują. Są wtedy jak potwory, Wszystko zamiera i czuć tylko ich pragnienie i strach ofiary. Drugie oblicze to gdy zostają schwytane. Nadal niebezpieczne, ale trochę ugładzone. Gdy ma się do nich podejście i zdrowy rozum, istnieje szansa na przeżycie. Przerażające bestie, ale i fascynujące.

Zaraz obok tych majestatycznych istot są inni bohaterowie, którzy są równie ważni jak eich uisce. To „Puck" i Sean są głównymi postaciami. Różnią się od siebie diametralnie, ale zarazem rozumieją jak z nikim innym. Łączy ich miłość do koni i pragnienie zwycięstwa, bo każde z nich walczy o coś najważniejszego w swoim życiu. Co dziwne, nie przeszkadza im świadomość rywalizacji, przebywają ze sobą, razem odkrywają słabości przeciwników i dzielą się spostrzeżeniami. Uczą się też dużo wzajemnie od siebie. Między nimi rodzi się uczucie, ale gdzieś tam mimochodem. Wątek miłosny nie dominuje i nie jest na pierwszym planie. Nie ma tu co chwilę fragmentów, jacy to oni są piękni, jak ładnie się uśmiechają, czy też mają śliczne noski, uszy czy inne części ciała. Nie całują się co pięć minut. Czuć tylko tę silną więź między nimi, której sami do końca nie rozumieją. Miła odmiana, prawda? Choć to ta dwójka i konie grają pierwsze skrzypce, postacie drugoplanowe też są dopracowane i pomagają budować napięcie. Każdy ma tu swoją rolę, bez której czegoś by zabrakło w tej powieści. Stiefvater naprawdę postarała się przy tworzeniu sylwetek bohaterów.

Wszystko, co wymieniłam powyżej sprawiło, że podczas lektury „Wyścigu śmierci" trafiłam do innego świata. Świata, w którym przez większość czasu trzeba być ostrożnym i mieć diabelnie dużo szczęścia. Czułam to, co czuli bohaterowie - fascynacje, strach, radość, smutek - nie zawsze były to uczucia miłe w odbiorze. Czułam ich podekscytowanie i niepewność. Autorka oczarowała mnie stylem i tym, jak opisała całą historię. Nie szczędziła opisów miejsc czy ludzi, ale też nimi nie nudziła. Wszystko jest tak, jak powinno, ani za mało, ani za dużo.

„Wyścig śmierci" polecam fanom twórczości Maggie Stiefvater oraz tym, którzy lubią niebanalne historie z wątkiem fantastycznym. I to nie byle jakim. Zaraz obok niesamowitych istot znajdujemy próbę poszukiwania siebie, sprecyzowania swoich pragnień i ich realizacji. Do tego poświęcenie i ogromna odwaga. Podobało mi się to, że pisarka podkreśla w powieści, żeby postępować tak jak się chce, a nie jak każą inni. Ważne tylko, by nie krzywdzić nikogo.

*str. 439
Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Wyścig śmierci
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: październik 2012
Liczba stron: 488

niedziela, 14 października 2012

„Klątwa Tygrysa” - Colleen Houck)

            „Nagle stałam się zupełnie inną osobą. Bezbronna jak noworodek, martwiłam się, że jeśli pozwolę, by ten związek się pogłębił, tym gorzej ze mną będzie, kiedy Ren odejdzie. Jak potoczą się nasze losy? Nie było sposobu, by to przewidzieć, i uświadomiłam sobie, jak bardzo kruchą i delikatną rzeczą jest ludzkie serce. Nic dziwnego, że trzymałam je zamknięte na klucz.
            Zdarza się, że mimo tego iż w naszym życiu dużo się dzieje tak na prawdę jest ono monotonne. Każdy dzień przypomina poprzedni, a nam się marzy przygoda życia. Taka,  która zabierze nas do miejsc, których wcześniej nie widzieliśmy. Która pozwoli nam poznać ciekawych ludzi. I wreszcie, która zmieni wszystko na całe życie, bo po niej już nic nie będzie takie samo...
            Kelsey Hades w momencie poszukiwania przez nią pracy na wakacje. Okazuje się, że trafia do cyrku jako pomoc. Ma też karmić tygrysa Dihrena, który jest jedną z atrakcji wędrownej trupy. Między człowiekiem, a zwierzęciem rodzi się więź. Kelsey czuje, że jest on wyjątkowy i mimo strachu bardzo się do niego zbliża. Po dwóch tygodniach pracy w tym miejscu dziewczyna pragnie by tygrys był szczęśliwy, a to oznacza wolność, której nie ma... Nie podejrzewa nawet jak szybko jej pragnienia mogą się ziścić i jaką rolę odegra w tym ona sama. Wraz z pojawieniem się tajemniczego Pana Kadama, który wykupuje Rena zaczyna się jej wielka i niebezpieczna przygoda.
            Książka ta w ogóle nie była w moich planach czytelniczych. Jakoś tak wyszło, że mnie nie interesowały, a neutralne opinie utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że to jedna z wielu pozycji na rynku wydawniczym. Gdy jednak do mnie trafiła stwierdziłam, że nic mi nie szkodzi zapoznać się z nią. Początki były trudne, bo pierwsze sto stron szło mi mozolnie. Nie mogłam się wczuć w historię, moje myśli błądziły wszędzie tylko nie tam gdzie powinny. Dalej było jednak lepiej - moja uwaga skupiła się na książce i z większym zainteresowaniem śledziłam poczynania bohaterów. Zdarzenia były coraz ciekawsze, a opisy miejsc pobudzały wyobraźnię.
            Mam problem z ocenieniem „Klątwy Tygrysa” gdyż ma swoje plusy i minusy. Zdecydowanym plusem była mitologia i wierzenia ludności indyjskiej, z prawdziwą przyjemnością poznawałam te historie. Były jako taki dodatek, ale fajnie współgrały z całą historią. Drugim pozytywnym aspektem było miejsce akcji. Początkowo stan Oregon, a później piękne i malownicze Indie. Bez trudu potrafiłam wyobrazić sobie krajobraz i stroje opisywane przez bohaterkę. Na brak akcji w dalszej części historii też nie można narzekać, trochę się dzieje i czuć ten dreszczyk niebezpieczeństwa. Zabrakło mi tu nieprzewidywalności, z łatwością domyślałam się co będzie dalej. Wyjątkiem było czas trwania zadania dziewczyny i tygrysa. Drażniła mnie też schematyczność bohaterów: on piękny i bogaty, ona biedna, przeciętna i skromna. No ile można? Wiem, że tak jest w co drugiej książce, a tutaj wyjątkowo mnie to drażniło. Możliwe, że to z powodu słabo wykreowanych postaci. Co jeszcze mnie irytowało to ta łatwość przyjmowania przez Kelsey tego wszystkiego. To takie sztuczne trochę i mało realistyczne.
            Nie odczuwałam jakiś wielkich emocji, ale i ich nie brakowało. Były takie… w sam raz? Nie bardzo wiem jak to inaczej określić. Czułam emocje towarzyszące dziewczynie, no przynajmniej częściowo. Niepewność, niedowierzanie strach i ból. Zadanie, które muszą wykonać z Renem wiąże się z niebezpieczeństwem. Niczego tu nie można się było spodziewać. Co do postaci to polubiłam jedynie Pana Kadama, który był jak dobry dziadek. Oddany, serdeczny, wesoły i szczery.
            Nie czuję się fanką serii, ale mimo niedociągnięć podobała mi się. Czytało się ją powoli,  miejscami nużyła i męczyła, ale reasumując nie żałuje czasu poświęconego  „Klątwie Tygrysa” i chętnie sięgnę po kontynuację. Ciekawy pomysł na fabułę, który nie do końca został wykorzystany. Tym razem o tym czy ją przeczytać zdecydujcie sami.

*str. 222
Autor: Colleen Houck
Tytuł: Klątwa Tygrysa
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: marzec 2012
Liczba stron: 360

wtorek, 4 września 2012

Jak znaleźć przepis na szczęście - Barbara O'Neal

Utrata pracy, rozstanie z partnerem, przypominająca o sobie tragiczna przeszłość i niepewna przyszłość. Czy może być gorzej? Właśnie to spotkało Elenę, 38-letnią mistrzynię gotowania.

Jednak los się od niej nie odwrócił. Pojawia się propozycja objęcia posady szefa kuchni w malowniczym Aspen. Grzechem byłoby jej nie przyjąć. Elena wprowadza się do nowego domu wraz ze swoim psem, uroczym Alvinem, mieszańcem labradora i chow chow (wyobrażacie sobie jak słodko musi wyglądać taki mix?). Kobieta wciąga się w wir pracy i przygotowań do otwarcia restauracji. Ustala kartę dań, zatrudnia personel, noże w kuchni latają, zapachy zniewalają, potrawy oszałamiają. Niepostrzeżenie Elena coraz więcej czasu spędza ze swoim przełożonym, znanym reżyserem Julianem Liswoodem. Kobieta ma za sobą już związek ze swoim szefem z poprzedniej restauracji, i nie ma ochoty na te same rozczarowania. Układ szef + pracownica + miłość nie wróży nic dobrego. Na dodatek psiak Alvin zaprzyjaźnia się z córką reżysera… Co z tego wyniknie? Wiadomo, że los nie zawsze sprzyja, dlatego problemów z restauracją (i nie tylko) będzie wiele. Czy podupadająca na zdrowiu Elena sprawdzi się w roli szefa kuchni?

Dawno nie czytałam książki o tematyce około-miłosnej, która podobałaby mi się pod każdym względem. A w „Przepisie na szczęście” wszystko gra! Świetne postaci, których nie da się nie polubić.
Więcej o książce U MNIE :)

środa, 29 sierpnia 2012

Cudowna podróż - Selma Lagerlof

Byłoby mi o wiele łatwiej napisać tę recenzję, gdybym była dzieckiem. Ba! Byłoby mi łatwiej, gdybym była chociaż rodzicem adresata tej książki. Niestety wiek już nie ten, dzieci brak... Całość recenzji na blogu.

środa, 1 sierpnia 2012

Corvus. Życie wśród ptaków - Esther Woolfson


Ptaki od zawsze kojarzą mi się z wolnością. Wolnością tym większą, że dla nas, ludzi, zupełnie nieosiągalną.
W związku z tym, w trakcie lektury, wciąż zastanawiałam się na ile mamy prawo do trzymania, jakby nie patrzeć, dzikich ptaków w domu. Na ile mamy prawo do zabierania im tej wolności, podcinania lotek, by nie mogły wylecieć, podbierania jaj, by nie mogły się rozmnażać. Może na tyle, na ile jesteśmy w stanie zapewnić im życie szczęśliwe i kilkakrotnie razy dłuższe niż poza naszym domem?

Ciąg dalszy do przeczytania tutaj.

środa, 18 lipca 2012

Poczekajka - Katarzyna Michalak

To było moje pierwsze i nieostatnie spotkanie z powieścią Katarzyny Michalak. Po wielu pozytywnych recenzjach przeczytanych na blogach, bardzo chciałam poznać twórczość tej autorki. I tak trafiłam w bibliotece na Poczekajkę, która pewnie jeszcze parę tygodni poleżała, gdyby nie konieczny jej zwrot do biblioteki. Czytanie na akord nie zabrało przyjemnych wrażeń z lektury, które sprawiły, że zaraz sięgnęłam po kolejną książkę pani Michalak, a sama autorka zaczęła należeć do moich ulubionych. Całość recenzji na blogu.

Sklepik z Niespodzianką. Bogusia - Katarzyna Michalak

Sklepik z niespodzianką to powieść Michalak, którą przeczytałam bezpośrednio po "Poczekajce". Znowu wpadłam w może nie sielski, ale prowincjonalny klimat Pogodnej, miasteczka położonego niedaleko Kołobrzegu. Tytułowa Bogusia to dziewczyna po studiach na ogrodnictwie, która po zawodzie miłosnym w Holandii wraca do ukochanych rodziców. Jednak zanim dojedzie do Warszawy, po drodze trafia do Pogodnej, która przypadła jej do serca. W tym miasteczku postanawia otworzyć sklepik, gdzie wbrew początkowym zamiarom nie będzie sprzedawać kwiatów, ale przedmioty tzw. kurzołapkami. Po kupnie i remoncie uroczej kamienicy, jej plany o sklepie modyfikują się i prócz sprzedawania porcelanowych aniołków i akwarelek, Bogusia zajmuje się przygotowaniem czekolady na gorąco w różnych smakach dla klientów, do której dodaje kawałek upieczonego ciasta. Całość recenzji znajduje się na blogu.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Koty. Podręcznik użytkownika - Tomasz Majeran


Kto ty jesteś? 
Kotek mały.
Jaki znak twój?
Lew.*


"Koty" to niewielka książeczka i nietypowa lektura jak dla mnie, ale i nietypowa dla tego wyzwania.
Do poezji mało zaglądam, bo jakoś przestało mnie bawić dociekanie, co autor miał na myśli. A i na koronkowej robocie poetów zwyczajnie się nie znam. A to poezja właśnie i poezja też, że tak powiem, "zgrzytająca". Ale i niebanalna, bo pobrzmiewa nuta Bełzy, Szymborskiej i Kochanowskiego.
Co mi "zgrzytało"? Na blogu ciąg dalszy


* Tomasz Majeran: Koty, Legnica 2002, s. 5




poniedziałek, 7 maja 2012

Znowu o kotach!

 Odkąd spełniło się jedno z moich 'domowych' marzeń i mam kota, ciągle mam wrażenie, że jednak za mało wiem, że być może źle odczytuję zachowania mojego potworka. Dlatego ciągle wynajduję jakieś książki o tych zwierzakach i czytam, czytam, czytam...








piątek, 13 kwietnia 2012

„Zagubiona w śniegu” - Holly Webb


            „A my jesteśmy świątecznymi prezentami Pusi - pomyślała. – Pusia dostała dom na Gwiazdkę.”*

            Każdy pragnie mieć swój dom i kogoś kto będzie go kochał. Zapewniał ochronę, uczucie akceptacji, zrozumienia oraz tego, że jest się potrzebnym. A co jeśli tego wszystkiego zabraknie, a nas otacza pustka i samotność?

            Pusia jako że była ostatnia w miocie jest najmniejszą i bardzo słabą kotką, która odraz zdobywa serca właścicieli farmy, na której przyszła na świat. Los sprawia niestety, że młode muszą znaleźć sobie nowe domy i gdy mogą być już oddane wszystkie szybko znajdują nowych właścicieli. Tylko biednej Pusi nikt nie chce, ale  gdy na farmie pojawia się mała Ela w kociaku rodzi się nadzieja. Gdy już prawie myśli, że znalazła dom mama dziewczynki nie zgadza się na przygarnięcie zwierzaka. I co zrobi teraz Pusia oraz zrozpaczona Ela?

            Książki  skierowane ku młodszemu czytelnikowi mają to do siebie, że zdecydowanie za szybko się kończą. Przynajmniej dla mnie. Już od dawna chciała przeczytać coś z serii „Zaopiekuj się mną!” ponieważ przyznaję szczerze oczarowały mnie okładki. No jak można nie sięgnąć po nie widząc takie śliczne, a zarazem smutne zwierzaczki? No i z pewnością  moja miłość do psiaków czy też kotków  podziałała na wybór tych oto książeczek. Historia wzrusza swoją prostotą oraz dużym ładunkiem emocji - dziecko ma szansę zrozumieć jak ważna jest opieka nad zwierzakiem, którego się posiada. I właśnie to próbowała przekazać autorka serii młodszemu czytelnikowi. Pokazuje, że nasz podopieczny tak jak my sami potrzebuje miłości, poświęcenia jemu uwagi ponieważ to nie zabawka i nie ma mowy o odłożeniu w kont gdy się nam znudzą. Książeczki te upewniają również, że tak jak dla nas rodzice tak my dla pupili jesteśmy bardzo ważni. Za miłość odpłacą miłością oraz bezgranicznym zaufaniem. Zauważyłam jeszcze jedną ważną rzecz, otóż te  historie uczą wytrwałości do dążenia, pokazują iż nie wolno się poddawać tylko trwać w postanowieniu oraz wierzyć.
            Oprócz przyciągającej oko okładki w środku pod czas czytania mamy możliwość podziwiania bardzo ładnych czarno białych rysunków. Niektórym może przeszkadzać brak kolorowych ilustracji jednak dla mnie mają swój urok i są takie jakie być powinny.
            Styl którym posługuje się Holly Webb jest bardzo prosty w odbiorze, brak w nim jakiś górnolotnych i trudnych słów czy zwrotów. Z tego też powodu śledzenie historii nie jest dla naszych pociech trudne. Plusem jest duża czcionka - trochę starszy brzdąc ma szansą sam powoli zapoznawać się z treścią. Pozostaje mi tylko polecić, a ja z pewnością sięgnę po inne pozycje z owej serii.

*str. 121
Autor: Holly Webb
Tytuł: Zagubiona w śniegu
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 123

czwartek, 12 kwietnia 2012

Do serca przytul psa, weź na kolana kota czyli "Koty i ich sławni ludzie" Andżeliki Piechowiak

Książkę wypatrzyłam dwa lata temu, kiedy to ukazało się pierwsze wydanie. Zanotowałam ją sobie na liście książek pożądanych, ale jakoś nie dane mi było do niej dotrzeć. Teraz, kiedy ukazało się wydanie drugie i nadarzyła się okazja przeczytania książki, skwapliwie skorzystałam. Nie ukrywam, że do książek kocich czuję słabość, więc z przyjemnością książkę "Koty i ich sławni ludzie" Andżeliki Piechowiak przeczytałam. 
Zapraszam do przeczytania recenzji

środa, 11 kwietnia 2012

Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe - Andrew O'Hagan

Tak właśnie postępują ludzie. Mówią do ciebie. Mówią od rzeczy. Mówią do ciebie i za ciebie. I w ten sposób nadają ci osobowość, którą określa sposób, w jaki sami ciebie odgrywają. Przez cały czas, kiedy z tobą przebywają, stwarzając ciebie ze swoich własnych pragnień, towarzysza, malca, futrzastego przyjaciela, który kocha swojego właściciela tylko za czułe słówka.*

Chciałabym móc napisać coś innego, ale prawda jest taka, że dawno żadna książka nie wymęczyła mnie tak jakRozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe. Dawno już tak obsesyjnie nie sprawdzałam ile też stron zostało mi do końca i nie obmyślałam ile dni zajmie mi jeszcze czytanie tej jednej książki. Dawno też z taką nadzieją nie czekałam na jakiś fragment, który pozwoli na całkowitą zmianę mojego zdania i dawno nie czekałam na zakończenie, po którym mogłabym powiedzieć łał, jednak było warto. No cóż, nie było.

Reszta u mnie.

poniedziałek, 19 marca 2012

Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy - szczęśliwy jest cały świat - Jędrzej Fijałkowski


Zazdroszczę przeogromnie tym ludziom, którzy mając w domu już jednego psa i jednego półkota (dzielonego właściwie z sąsiadka zza płotu) mogą sobie pozwolić na przygarnięcie jeszcze jednego stworzenia. I to jakiego! Chyba każdy kojarzy wygląda doga niemieckiego. No właśnie. Otóż Fijałkowscy zdecydowali się na przygarnięcie zaledwie dwuletniego psiaka,który na zbliżeniu wyglądał jak piętrowa kamienica z pyskiem zamiast bramy*. W ten sposób w domu Jędrzeja i PAni śmierdząc wiec jak śmierdzi sfermentowana bieda ze śmietnika**, pojawił się Emil.
Reszta u mnie.

niedziela, 19 lutego 2012

„Blondyn i Blondyna” - Magdalena Kulus


            „Każdy człowiek ma swoje Himalaje. Czasem wyczynem godnym zdobycia Korony Ziemi staje się samodzielna wyprawa na uczelnię albo do kościoła”*

            Niepełnosprawni kiedyś byli czymś odmiennym, czymś co trzeba było ukrywać. Z czasem to się zmieniło choć trudno obalić stereotypy coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać, że niepełnosprawność nie jest niczym strasznym, a chorzy ludzie są jak każdy. Pragną czerpać z życia wszystko co możliwe. Chcą tylko spełnić swoje marzenia...

            „Blondyn i Blondyna” to zapiski z bloga Magdy, dziewczyny chorującej na zanik mięśni. Od kąd pamięta musiała zmagać się ze swoją niepełnosprawnością. Zawsze potrzebowała też osób trzecich by gdziekolwiek iść. I choć początkowo nie akceptowała tego i uważała, że nic jej nie jest z czasem zaakceptowała ten fakt, pogodziła się z zaistniałą sytuacją, ale nigdy nie poddała. Krok po kroku spełniała swoje marzenia przy pomocy rodziny oraz przyjaciół i życzliwych ludzi. Szkoła, praca, wyjazdy. Zaciekle też walczyła o psa przewodnika mimo słabych rąk. I udało się, dostała psa Igora, wtedy też założyła bloga, na którym opisywała swoje i Jakiego perypetie. Nie zawsze było pięknie i kolorowo, ale Blondyna nigdy się nie poddała. Walczyła o to by wraz z psem mogła iść na studia, wejść do biblioteki, kościoła co nie było łatwe. W życiu Magdy bardzo ważni byli też jej przyjaciele, którzy zawsze ją wspierali i zaskakiwali, a co ważne w żaden sposób nie pokazali jej, że czują się z nią źle...

            Długo się zastanawiałam nad tym co napisać o tej pozycji. Gdy zabierałam się do czytania „Blondyna i blondyny” w żaden sposób nie podejrzewałam, że wywrze ona na mnie takie piorunujące wrażenie. Nie sądziłam też, że z Magdą może łączyć mnie tak wiele. Trakcie śledzenia kolejnych wpisów cały czas kołatało mi się po głowie zdanie „Jak ja ją doskonale rozumiem!” Przeszkody, barier, które  cały czas napotyka i prawdopodobnie jeszcze długo będzie nie stanowiły dla niej przeszkodą by spełnić swoje marzenia. Dla Blondyny i innych niepełnosprawnych każdy kolejny dzień jest wyzwaniem bo nigdy nie wiedzą co ich w danej chwili czeka. W życiu osoby chorej pierwszym ważnym krokiem jest akceptacja siebie, a potem nauka radzenia sobie z życiem na swój sposób. Ważne by się nie poddać. Tak samo bardzo istotne jest wsparcie rodziny i przyjaciół. I nie mówię tego jako osoba patrząca z boku, ja doskonale wiem co czuje Magda, rozumiem jej zapał do działania, chęć zdobycia tego co niby jest nie osiągalne. Dziewczyna ma rację, że dużą rolę w naszym życiu odgrywają osoby, które spotykamy, które wyciągają pomocną dłoń i traktują nas jak normalnych, bo my jesteśmy tacy. Zawsze denerwowało mnie jak ktoś dziwnie patrzył gdy mówiłam, że gdzieś „idę” i Magda miała tak samo, a my naprawdę idziemy tylko... po swojemu. „Blondyn i Blondyna” bawi, wzrusza oraz pokazuje prawdziwe życie osoby niepełnosprawnej. Blondyna często słyszała, że jest radosna, zawsze uśmiechnięta i czerpie z życia ile może, dziwią się skąd to bierze. Ja na takie pytania zawsze odpowiadam, że szkoda mi czasu na narzekanie i gdybanie, co ma być to będzie... Och! Każdemu zdarzają się gorsze dni więc i my je mamy. Każdy musi po marudzić i się pomartwić... Nic nie jest idealne...
            W żadnym wypadku nie uważam tego za oficjalną recenzję i długo myślałam czy napisać te kilka zdań... Moim  zdaniem „Blondyn i Blondyna” to obowiązkowa lektura dla wszystkich...

*str. okładka
Autor: Magdalena Kulus
Tytuł: Blondyn i Blondyna
Wydawnictwo: SOL
Rok wydania: sierpień 2011
Liczba stron: 261

sobota, 11 lutego 2012

"Emil czyli kiedy szczęśliwe są psy szczęśliwy jest cały świat" - Jędrzej Fijałkowski

O święty Tadeuszu Judo od spraw beznadziejnych, czemuś wówczas nie wyjrzał z obłoków i nie uczynił czegoś, co cofnęłoby czas, zmieniło rzeczywistość lub choć przyćmiło mi zmysły – tymi słowami autor wspomina chwilę, w której po raz pierwszy ujrzał Emila. Nie dość, że mieli już jednego psa (półamstafkę Azę), to pies, którego wraz z żoną postanowili uratować od strasznej przeszłości i niepewnej przyszłości, wcale nie był słodkim szczeniaczkiem. Zamiast tego ujrzeli smutnego, pogryzionego, chudego i śmierdzącego doga niemieckiego z chorymi oczami i pokoślawionymi nogami. Rasowy pies niechciany. Jednym słowem: szok!

Tak zaczyna się historia Emila, który wraz ze swoimi nowymi właścicielami przybył w bagażniku samochodowym do Falenicy. I właściwie od pierwszych dni pobytu stał się najważniejszym domownikiem, ale wcale nie ulubionym i dobrym. Kłopotów co nie miara: Emil i Aza początkowo nie tolerują się, muszą cały czas chodzić w kagańcach. Wystarczy, że Jędrzej lub PAnia spuszczą ich na chwilę z oka, a w ciągu nanosekundy psy ruszą do ataku na siebie. Drzwi podrapane. Podłoga brudna. Wieczne szczekanie. Kłótnie i zaległości w pracy (bo przecież non stop trzeba Emila doglądać i pilnować). Fioła można dostać, prawda? Kiedy już ubóstwiająca wszelkie czworonożne stworzenia PAnia dochodzi do wniosku, że to koniec, że nie da dłużej rady, że Emil ich wykończy, wtedy powoli, powoli zaczyna się coś zmieniać.

Cała recenzja TUTAJ

piątek, 20 stycznia 2012

„Uratować Sprite’a” - Mark R. Levin

    „Miłości i lojalności psów wobec ich ludzkich rodzin nie da się porównać z niczym. Po prostu z niczym.”*

    Nasze psiaki są dla nas jak członkowie rodziny, jeszcze jeden do kochania, rozpieszczania i wychowywania. Psy dają nam bezwarunkową miłość, są z nami na dobre i złe, czują kiedy jesteśmy smutni, kiedy ich potrzebujemy, nie wiadomo jaki może być zły dzień one pocieszą rozbawią. Są wierne i kochane, za dobroć odpłacą dobrocią...

    Mark R. Levin to amerykański dziennikarz i pisarz bestsellerowych książek o amerykańskiej polityce, który zaskoczył wszystkich pisząc o swoim życiu prywatnym, a ściślej mówiąc o swoich dwóch psach – Pepsim i Sprite’cie, oraz o tym jak wpłynęły na jego rodzinę i przyjaciół.
    Pierwszy pies Pepsi w rodzinie Lewinów pojawił się właśnie za na mową Marka, który to pragnął by mieli jakiegoś zwierzaka, a że kochał akurat psy... Pepsi miał u nich jak w niebie, był kochany i rozpieszczany. Po kilku latach to rodzina musiała przekonywać Marka by przyjęli kolejnego do domu, początkowo się opierał ale gdy tylko zobaczył porzuconego psa od razu go pokochał i wiedział, że jest już kolejnym członkiem rodziny. Nazwano go Sprite, mówiono im, że jest młody, ale okazało się, że to nieprawda i nowy członek rodziny zaczyna ciężko chorować... Kilkanaście miesięcy później Levinowie dowiadują się, że Sprite umiera...



Na całą recenzję zapraszam do: Zapatrzona w książki

czwartek, 19 stycznia 2012

Podsumowanie wyzwania

Niestety nie udało mi się wywiązać z wyzwania-choć przeczytałam większość zaplanowanych książek, żadnej z nich nie zrecenzowałam. Zamieściłam tylko jedną opinię. Mimo to w ubiegłym roku zwierzęta często przewijały się w moich lekturach, chociażby w tytule. Przeczytałam:
C.S.Lewis, "Lew, czarownica i stara szafa"
Patrick Sueskind, "Gołąb"
Kurt Vonnegut, "Kocia kołyska"
Daphne du Maurier, "Ptaki"
Mark Haddon, "Dziwny przypadek psa nocną porą"
Truman Capote, "Muzyka dla kameleonów"
Ken Kesey, "Lot nad kukułczym gniazdem"
Ota Pavel, "Śmierć pięknych saren" i "Jak spotkałem się z rybami"
Gabriel García Márquez, "Szarańcza".
Największe wrażenie wywarły na mnie opowiadania Oty Pavla i Daphne du Maurier.

Bardzo się cieszę na dalszy ciąg wyzwania, bo zawsze z przyjemnością czytałam opinie innych uczestników. Być może w obecnym roku i ja zmobilizuję się do systematycznego zamieszczania recenzji. Czytać "zwierzęce" książki będę na pewno-mam już na koncie "Insekta" Claire Castillon.

środa, 18 stycznia 2012

Podsumowanko 2011

Czy się stoi, czy się leży podsumowanie się należy.
Chociaż nie za bardzo mam się czym chwalić.

Dołączając do wyzwania założyłam, że przeczytam:
"Myszy i ludzie" John Steinbeck,
"Koń i jego chłopiec" Lewis Clive Staples,
"Dewey: Wielki kot w małym mieście" Myron Vicki, Witter Brett,
"Folwark zwierzęcy" George Orwell,
"Krzyk czapli" Lian Hearn.

Co ważne, żadnej z nich nie przeczytałam. Przeczytałam za to "Triumf owiec" Leonie Swann, który bardzo mi się podobał.

Żeby nie okazać się zupełnie wyzwaniowo do kitu - poza książką Leonie Swann, przeczytałam:
- około kocie książki, które okazały się tym bardziej fajne, że już własnego kota mam:
"Kot w stanie czystym" T.Pratchetta,
"Uwaga! Złe koty! czyli kociaki, które zeszły na złą drogę" Jima Edgara,
"Zabawy z Kotem" Denise Seidl;
- książki z zwierzęciem w tytule, niekoniecznie w książce:
"Motylki: wstrząsająca opowieść anorektyczki" Laurie Halse Anderson,
"Tarantula" Thierry'ego Jonqueta,
"Mrówka w komputerze" Magdaleny Giedrojć;
- książki o zwierzęciu, bez zwierzęcia w tytule:
"Czarownica" Barbary Michaels;
- książki o zwierzęciu, ze zwierzęciem w tytule:
"Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata" Johna Grogana.

Niestety, napisałam tylko o dwóch z tych przeczytanych książek.
Na szczęście, postanowiłam trwać w tym wyzwaniu i w tym roku na pewno o przynajmniej pięciu książkach napiszę. Planów nie robię, bo pewnie jak zawsze nic z tego nie będzie.
W tym roku, czytam z moją Shirley ;-)

wtorek, 17 stycznia 2012

Rok w zwierzyńcu - podsumowanie

Nie udało mi się zrealizować planu, jaki sobie założyłam. Do przeczytania zostały cztery tytuły:
1. Mark Haddon - Dziwny przypadek psa nocna porą
2. Jean-Dominique-Bauby - Skafander i motyl
3. Doris Lessing - O kotach
4. Bohumil Hrabal - Auteczko
W zasadzie moje plany, mimo nieprzeczytanych kilku książek, nie wypadły tak blado. Poza planem doczytałam trzy książki, w tym dwie książki pani Braun z kociego cyklu i książkę marka Nowakowskiego "Domek trzech kotów" i muszę przyznać, że jest to moja ulubiona książka.Jestem właścicielką dwóch kotów, więc zapewne przewaga kocich tytułów nikogo tu nie zdziwi.
I cóż, chętnie podejmę wyzwanie zwierzyńcowe w tym roku, doczytam to ,co do czytania zostało na mojej liście i może trafię znów na jakieś kocie, interesujące tytuły.


piątek, 13 stycznia 2012

Pierwszy rok minął ;)

Witajcie moi mili,
ani się obejrzałam, a pierwszy rok naszego (bo tworzył go każdy z Was swoimi wpisami ;)) minął. Z radością patrzyłam na każdą nową notatkę i nowe i ciekawe książki, które warto poznać. Tak sobie też pomyślałam czy chcecie by wyzwanie trwało dalej? Prosiłabym o Wasze zdanie na ten temat. ;)


I jeszcze dwie małe prośby:
- jeśli wyzwanie ma trwać dalej: kto zostaje, kto chce zrezygnować, a może ktoś chce dołączyć (jeśli tak proszę o pozostawienie maila tu lub na mailu: papierowyzwierzyniec@gmail.com)?
- prosiłabym też o małe podsumowanie swoich wpisów i planów jeśli takie posiadacie ;).


Czekam na Wasz odzew ;) Ach bym zapomniała! Aby nie szukać regulaminu będzie on dostępny w zakładce u góry, tak samo i lista, która będzie zaktualizowana do końca stycznia.





Całusy, Bujaczek

niedziela, 8 stycznia 2012

Jak żyć z neurotycznym kotem - Stephen Baker

Jeśli nie wiesz tak naprawdę czy Twój kot jest neurotyczny, to wystarczy sobie odpowiedzieć na kilka prostych pytań. Czy dla gimnastyki Twój kot przewraca kosz na śmieci? Na przekąskę lubi jeść Twój obiad? A żeby okazać Ci swoją miłość kładzie się na książce, którą właśnie usiłujesz czytać? Jeśli odpowiedziałeś twierdząco na którekolwiek z pytań to chyba wszystko jest jasne...
Więcej u mnie.

piątek, 6 stycznia 2012

Szarańcza

Owad, nawet metaforyczny, też zwierzę, więc pozwolę sobie zamieścić recenzję "Szarańczy" Gabriela Garcíi Márqueza (wyd. MUZA SA).


Jest taka minuta, w której dogorywa sjesta. Nawet skrzętna, tajemna, ukryta żywotność owadów ustaje w tej właśnie chwili; bieg natury zostaje wstrzymany; świat chwieje się na skraju chaosu, a kobiety wstają, zaślinione, z kwiatem poduszki wyhaftowanym na policzku, dusząc się od upału i lęku i myślą: "Jeszcze jest środa w Macondo". Wówczas znów przykucają w kącie, spajają sen z rzeczywistością i godzą się tkać szept, jakby był on olbrzymim prześcieradłem, tkanym wspólnie przez wszystkie kobiety miasteczka.[1]

Choć okres mojej największej fascynacji Márquezem przypadł na lata gimnazjalne i wraz z nimi bezpowrotnie przeminął, wracam czasem do jego utworów, gdy zatęsknię za takimi własnie zdaniami: Niestety w „Szarańczy”, króciutkiej powieści z początków kariery kolumbijskiego noblisty, nie ma ich zbyt wiele, brak również tak charakterystycznego, niespiesznego snucia opowieści, w których duchy przechadzają się między żywymi, a największe nawet klęski przyjmuje się z niezachwianym spokojem, melancholijnie patrząc w dal.
Pewnego dnia w Macondo potępiony przez mieszkańców i od lat żyjący w odosobnieniu lekarz popełnia samobójstwo. Choć gmin odmawia mu katolickiego pochówku, pułkownik, będący niegdyś gospodarzem doktora, postanawia spełnić złożoną przed laty obietnicę i wbrew woli ogółu pogrzebać zmarłego. Czym medyk zawinił miasteczku, a czym zasłużył na wdzięczność weterana? Pełna retrospekcji narracja prowadzona z perspektywy trzech osób-pułkownika jego córki Isabeli i wnuczka-stopniowo odkrywa przed czytelnikiem te tajemnice. Z opowieści wyłania się obraz bezlitosnej społeczności podobnej stadu dzikich zwierząt i rządzącej się własnymi prawami, w której nie ma miejsca na litość i współczucie. Kto choć raz przeciwstawi się wspólnocie mieszkańców, będzie wyklęty na zawsze.
A tytułowa szarańcza? To kompania bananowa-plaga, która znienacka spadła na miasteczko w pełni rozkwitu i, pożywiwszy się niczym chmara owadów na dorodnym zbożu, pozostawiła je bez życia, wprawiając mieszkańców w stan ponurej rezygnacji.
Umiejscowienie akcji i bohaterowie sprawiają, że „Szarańczę" można uznać za swoiste preludium historii o Macondo, wprawkę do „Stu lat samotności”. Ja jednak odnalazłam w niej raczej zapowiedź „Kroniki zapowiedzianej śmierci”, w której również niepisane prawo jest istotniejsze niż człowiek, a także echa wczesnych, bardzo abstrakcyjnych i pełnych niejasności opowiadań Márqueza, za którymi nigdy nie przepadałam. „Szarańcza” również wprawiła mnie raczej w konfuzję niż w zachwyt. Opowieść jakoś dziwnie rwie się i zacina, a odpychająca posępność sprawia, że chce się z niej jak najszybciej otrząsnąć, tak jak przepędza się uporczywego owada.





[1] Szarańcza", Gabriel García Márquez, przełożył Carlos Marrodán Casas, wyd. MUZA SA, Warszawa 1995, str. 54